„Na cóż świętym wygłaszane przez nas pochwały, na cóż oddawana im cześć, na cóż wreszcie cała ta uroczystość? Po cóż im chwała ziemska, skoro zgodnie z wierną obietnicą Syna, sam Ojciec niebieski obdarza ich chwałą? Na cóż im nasze śpiewy? Nie potrzebują święci naszych pochwał i niczego nie dodaje im nasz kult.”

Tak przed wiekami, w swoim kazaniu mówił św. Bernard, opat. Rzeczywiście – dzisiejsza uroczystość nie świętym jest potrzebna, ale nam, którzy jeszcze jesteśmy w drodze, dopiero pielgrzymujemy do nieba.

Potrzebna nam jest, abyśmy na chwilę zatrzymali się w naszym zabieganiu, zatroskaniu o sprawy doczesne, choćby na moment oderwali nasz wzrok od ziemi i popatrzyli we właściwym kierunku – w niebo. Czy pamiętamy, że to Dom Ojca jest naszym celem, do którego ze wszystkich sił powinniśmy dążyć? Przecież czas tutaj – na ziemi, to tylko znikoma cząstka naszego życia. Cóż bowiem, znaczy te kilkadziesiąt lat w porównaniu z wiecznością?

Pośród blasku zniczy, w modlitewnej zadumie, otwórzmy serca na wezwanie Boga: „Świętymi bądźcie, jak Ja jestem Święty”, bo dotyczy ono nie tylko garstki wybranych, ale każdego z nas. Kościół w ciągu wieków wynosił na ołtarze postacie wybitnych świętych, którzy już za swego ziemskiego życia otoczeni byli czcią i uznaniem. Poświęcone są im poszczególne święta i wspomnienia liturgiczne w ciągu roku. Dzień dzisiejszy przypomina, że  – oprócz nich – istnieje jeszcze niezmierzona rzesza świętych, których imiona nie są nam znane. To Ci, którzy żyli podobnie jak my, zmagając się dzień po dniu z trudami życia, upadając pod ciężarem swoich grzechów i słabości, borykając się z chorobami i przeciwnościami losu. Przez nikogo nie podziwiani, nie oklaskiwani – osiągnęli świętość, bo w tych drobnych, codziennych, przyziemnych rzeczach, starali się być wierni Bogu i Jego przykazaniu miłości.

Jestem przekonany, że wielu z tych, nad których grobami dzisiaj staniemy, również do ich grona już należy.