Kacper Awzan, DA DONBOSCO


O tym, że góry wołają wiadomo od zawsze, ale magnetyzm Tatr odkryto stosunkowo niedawno. Przez wieki strzelające w niebo spośród beskidzkich wzniesień pasmo skalistych szczytów stało spokojnie, zwane przez Polaków „węgierskimi górami” – wszak za nimi rozciągał się już słoneczny i przyjazny kraj bratanków, czekając na pionierów i odkrywców. Pierwszej burzliwej fali doczekało się w XIX wieku i od tego czasu ludzie płyną pod Giewont nieprzerwanie bijąc kolejne rekordy odwiedzin.

????????????????????????????????????

Dla Duszpasterstwa Akademickiego Don Bosco z Poznania wakacyjny wrześniowy wyjazd w Tatry był już trzecim w ostatnim czasie: po Zakopanem i Popradzie przyszła pora na Białkę Tatrzańską. Całkiem spektakularnie dopisaliśmy więc ostatni obraz tryptyku nie domykając jednak drzwi na kolejne wołania.

Cztery dni pobytu w górach spędziliśmy najlepiej jak się dało, czyli… tworząc wspólnotę. Wysokości nie były już tak istotne, choć w zrozumiały sposób pobudzały zmysły. Pobyt na skalnym Podhalu rozpoczęliśmy od odwiedzin Gaździny tej krainy. Klucze do Królestwa zostały już jakiś czas temu rozdane, więc pozostało nam poszukiwanie kluczy do własnych serc. Umocnieni duchowo zrelaksowaliśmy ciała korzystając z dobrodziejstw szaflarskich wód.

Kozi Wierch jest najwyższym szczytem w całości położonym w Polsce. Niestety, drugiego dnia nie było nam dane zbliżyć się do jego podnóża, gdyż… osławiony parking na Palenicy Białczańskiej nie przyjmował już więcej samochodów! Szybka i słuszna decyzja przeniosła nas na południową stronę masywu, skąd ruszyliśmy ku Kieżmarskim Stawom. Skalisty amfiteatr doliny przemieniliśmy z Bożą pomocą na tatrzańską katedrę, której iglica – Kieżmarski Szczyt – wznosiła się 1000 metrów powyżej prezbiterium z ołtarzem. Po Eucharystii rzuciliśmy jeszcze okiem na cuda Tatr Bielskich, by powrócić wieczorem na północną stronę.

da poznan02

Powrócić na krótko, gdyż następnego dnia zapuściliśmy się jeszcze głębiej w słowacką krainę rytą w skałach i emocjach. Za cel eskapady obraliśmy Koprowy Wierch słynący jako wspaniały punkt widokowy. Jak się jednak okazało wdarcie się z doliny Mięguszowieckiej na skalisty próg doliny Hińczowej zajęło sporo czasu, więc nad Wielkim Stawem, w którego tafli przeglądał się surowy grzbiet graniczny podjęliśmy jedną z tych, uczących pokory decyzji o weryfikacji planów. Zanim jednak zdobyliśmy Koprową Przełęcz Wyżnią sycąc z niej oczy niebanalną układanką grani, jezior oraz szczytów uświęciliśmy czas i miejsce Eucharystią nad stawem.

Ostatniego dnia postrzępiona grań Tatr towarzyszyła nam już tylko z daleka domykając południowo-zachodni horyzont podczas wycieczki po Pieninach. Zdobycie Trzech Koron przypieczętowało górskie wyczyny, a pstrąg w Szczawnicy smakował wybornie. Tradycyjne już, prowadzone w tym rozrzedzonym powietrzu, rozmowy dotknęły imponderabiliów otwierając umysły i dusze.

Gdy 10 września żegnaliśmy się z naszą sympatyczną gospodynią i wsiadaliśmy do samochodów by po południu ucztować we Wrocławiu, a z wieczorem przybyć do Poznania, mogliśmy jedynie… wyczekiwać zdjęć z wyjazdu i odliczać dni do kolejnego wyjazdu z duszpasterstwem.

14289804_1217393398311378_8628379810315001084_o (1)