ronaldinho.jpg
Rowerem do Turynu?! Po co? Do kogo? Do ks. Bosko!
Święty ten urodził się w Becchi, miejscowości położonej 30 km od Turynu. W stolicy Piemontu założył swoje Oratorium – życiową przestrzeń, w której wychowywał biednych chłopców. To właśnie na bazie oratorium Św. Jan Bosko – ojciec i nauczyciel młodzieży założył Zgromadzenie Salezjańskie. Corocznie, już od paru lat, uczestniczyliśmy w rowerówkach „z” Ks. Bosko, przeżywając je w duchu tego wspaniałego świętego, a tym razem po długich przygotowaniach chcieliśmy pojechać nie tylko „z” nim, ale „do” Niego.

[mygal=rowery2008]
Miejscem zjazdu uczestników był Sosnowiec – Parafia św. Rafała Kalinowskiego. Jednym z duszpasterzy jest tam salezjanin ks. Artur Rzepecki – główny organizator rajdu. 18-to osobowa grupa chłopców z Sosnowca i innych stron Polski, pod opieką 2 salezjańskich kleryków wyruszyła na trasę rajdu 1 lipca. W pierwszy dzień mocnego pedałowania dotarliśmy do czeskiej Ostravy. Szybko przedarliśmy się przez Czechy i już 4 dnia rajdu byliśmy w Austrii. Kraj ten przywitał nas drogami, które aż zmuszają do jazdy rowerem! Jednocześnie uświadomił nam jak piękna, ale i wymagająca wiele wysiłku, może być jazda rowerem po górach. Zaczęły się prawdziwe góry! Kilkukilometrowy podjazd, pełen niekończących się serpentyn, najdłuższy jednodniowy dystans całego rajdu – 164 km i popołudniowa burza mocno nas zmęczyły. Etap ten, nie bez powodu, nazwaliśmy etapem prawdy. Tuż przed godziną 20.00 ostatni dojechali do Obdach – małej górskiej miejscowości.
Po tak wyczerpującym etapie kolejny dzień był dla nas dniem odpoczynku, podczas którego zastanawialiśmy się nad naszym powołaniem. Zwiedzaliśmy też okolicę, większość pieszo, jednak znaleźli się i tacy, którzy w Alpy wybrali się …na rowerach.
W kolejnych dniach jechaliśmy dalej przez góry i to nie byle jakie. Zaczęło się prawdziwe zdobywanie szczytów. Wspięliśmy się na przełęcz Klippitztörl, położoną na wysokości 1644 m n.p.m. Trudy piętnastokilometrowego podjazdu wynagrodziły nam piękne alpejskie widoki i pyszna gorąca czekolada na szczycie. Następnego dnia na tyle szybko pokonaliśmy krótki etap, że kilku zapaleńców wybrało się jeszcze na dodatkową wycieczkę do Planicy na Słowenii, by zobaczyć słynną mamucią skocznię, a także pokonać (jednemu się udało) słynny 18 % podjazd na dawne przejście graniczne Kranjska Gora.
Dalej trasa rajdu biegła wzdłuż błękitnej Drawy. Gorące słońce mocno nas przypalało. Dotarliśmy w końcu do Włoch. W Tolmezzo zaskoczyło nas serdeczne przyjęcie gospodarzy (czyt. duże ilości makaronu.) Dalej przez Conegliano i Schio dotarliśmy do Albare di Costermano – małego miasteczka położonego blisko jeziora Garda. Tam mogliśmy odpoczywać cały jeden dzień, był to drugi i ostatni dzień bez jazdy przed dojechaniem do Turynu. Wykorzystaliśmy ten czas na kąpiel i plażowanie, zwłaszcza, że błękitne niebo i czystość polodowcowego jeziora bardzo do tego zachęcały.
Następne szczególne miejsce naszego raju to Mediolan. Opatrzność zrobiła nam wspaniały prezent. Tego dnia zwiedzaliśmy miasto, wspaniałą katedrę i teatr La Scala. Nie mogliśmy też pominąć stadionu San Siro. Trafiliśmy na samą ceremonię przyjęcia do AC Milanu piłkarza Ronaldinho. Atmosfera stadionu podczas wielkiej włoskiej festy mocno nas urzekła: multimedialne prezentacje, pokazy gry w piłkę nożną, fenomenalny 20 minutowy pokaz sztucznych ogni oprawiony muzyką, no i sama postać brazylijskiego piłkarza to było coś. Po części oficjalnej mieliśmy to szczęście, spotkać się i zrobić sobie wspólne zdjęcie z Ronaldinho oraz z trenerem AC Milanu Ancelottim.
Kolejnego dnia dotarliśmy do Vercelli i byliśmy już blisko Turynu. Jednak wjechanie do tego miasta rozpoczęliśmy od wyjątkowego miejsca – 600-metrowego wzgórza o nazwie Superega, na szczycie którego znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia. Miejsce to było częstym celem niedzielnych pielgrzymek Ks. Bosko i jego chłopców z oratorium.
Upragnione trzy dni w Turynie były bardzo intensywne. W niedzielę udaliśmy się na Valdocco, tam odprawiliśmy Mszę św. w historycznej pierwszej kaplicy oratorium. Zwiedziliśmy też bazylikę Maryi Wspomożycielki, w której to modliliśmy się przy relikwiach Ks. Bosko. Oglądaliśmy też pokoje, w których mieszkał wielki święty. Byliśmy także w turyńskiej katedrze, gdzie znajduje się Całun. Relikwie bł. Pier Georgio Frassatiego były w tym czasie na ŚDM w Sydney.
Drugiego dnia pobytu w Turynie pojechaliśmy – oczywiście na rowerach – na Colle Don Bosco – miejsce, w którym ks. Bosko jeszcze jako młody Janek spędził dzieciństwo. Tam zobaczyliśmy jego rodzinny dom i przepiękną świątynię, jaką salezjanie wybudowali na cześć swojego duchowego ojca. Wieczorem udaliśmy się na agapę – wszak był to ostatni wieczór naszego Rajdu. Po znakomitej pizzy, przyszedł czas na podziękowania i nocne rozmowy.
Warto dodać, że przejechaliśmy w sumie prawie 2000 km, 17 dni przesiedzieliśmy na rowerowym siodełku. Ostatni dzień przeznaczony był na pamiątkowe zakupy i pakowanie. Z Turynu popołudniem wyjechaliśmy busem w kierunku Polski, by następnego dnia rano być już w Sosnowcu. W drodze powrotnej przyszedł czas na wspomnienia różnych rowerówek, w których uczestniczyliśmy w poprzednich latach. Rozpoczęliśmy także planowanie: co to będzie w przyszłym roku? Młodzi chłopcy będą się mogli o tym przekonać, reszta będzie musiała się zadowolić relacją pisemną.
Jednym z najistotniejszych elementów rajdu, którego nie można pominąć był jego wymiar religijny. Każdy dzień zaczynaliśmy Mszą św, jazdę przeplataliśmy też modlitwą różańcową. Dzień kończyły modlitwy wieczorne oraz krótkie słówko na dobranoc jednego z salezjanów. Staraliśmy się napełnić duchowe akumulatory, w tym pomagały nam momenty ciszy i kontemplacja dzieł Stwórcy, a było na co patrzeć i podziwiać. Uczyliśmy się też chrześcijańskiego życia we wspólnocie. Serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się w jakikolwiek sposób do zorganizowania naszego Rajdu, za pomoc i życzliwość. Następna taka „Szkoła Jezusa” już za rok.
kl. Jacek Garus sdb