Salezjańska młodzież z Wrocławia solidarna z młodzieżą na Haiti. Z inicjatywy Salezjańskiego Prywatnego LO we Wrocławiu zorganizowano zbiórkę pieniędzy na pomoc młodzieży salezjańskiej z Haiti, więcej na:

http://www.liceum-wroc.salezjanie.pl/box4-headline_news-window2-main_news_one-id-368.html

Poniżej wywiad z polskim salezjaninem ks. Antonim Balcerzakiem, który właśnie wrócił z Haiti:

Przebywał Ksiądz ostatnio w zniszczonej przez katastrofalne trzęsienie ziemi stolicy Haiti. W jakiej sytuacji znajdują się jej mieszkańcy?
– W samym Haiti przebywałem tylko jeden dzień i interesowałem się przede wszystkim sytuacją uczniów szkół salezjańskich. W kraju panuje ogromny chaos. Już dojeżdżając na przedmieścia stolicy Port-au-Prince, widziałem skutki trzęsienia ziemi. Zrujnowane, wprost zrównane z ziemią domy, zatłoczone ulice, pełne pojazdów organizacji i sił międzynarodowych spieszących z pomocą humanitarną. Panuje tam obecnie skrajna bieda. Większość ludzi wprost żebrze na ulicach. Ci, którzy uratowali się z tragedii, mieszkają w namiotach lub śpią pod gołym niebem. Większość budynków nie nadaje się do zamieszkania. Jadąc na Haiti, nie wyobrażałem sobie, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Chociaż trzeba przyznać, że także przed trzęsieniem ziemi kraj ten był w bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej.

Jak zachowały się sąsiednie kraje w obliczu klęski żywiołowej?
– Niezwykłe jest zachowanie władz i mieszkańców zwłaszcza sąsiedniej Dominikany. Prezydent tego państwa natychmiast po trzęsieniu ziemi otworzył granicę z Haiti i osobiście odwiedził ten kraj. Do szpitali w Dominikanie trafiło wielu rannych Haitańczyków. Po otwarciu granicy zaczęły napływać tłumy Haitańczyków szukających jakiejś stabilizacji, toteż w przeciwną stronę z trudem mogły się posuwać konwoje z pomocą humanitarną. Na Haiti bowiem infrastruktura drogowa jest w katastrofalnym stanie. Stąd też większość transportów odbywa się drogą powietrzną lub morską.

Pojawiają się jednak słowa krytyki wobec form niesienia pomocy humanitarnej. Guido Bertolaso, szef włoskiej Obrony Cywilnej, która również uczestniczy w niesieniu pomocy Haitańczykom, oskarżył USA, że pomyliły akcję humanitarną z militarną, a polityków – iż uprawiają „paradę próżności”, bardziej dbając o swój wizerunek darczyńców niż o prawdziwą pomoc dla potrzebujących…
– Nie chciałbym tego oceniać. Jednak sami Haitańczycy przyznają Amerykanom słuszność, gdy chodzi o decyzję zabezpieczenia przez ich żołnierzy ulic Port-au-Prince. Jest tam bowiem wciąż niebezpiecznie. Gdyby nie to wojsko, trudno sobie wyobrazić, co mogłoby się wydarzyć. W zniszczonych szkołach salezjańskich po katastrofie grasowały grupy ludzi, wynosząc, co tylko się dało, i depcząc po trupach swoich rodaków. Obecność wojska zapobiega też wybuchowi paniki. Do Port-au-Prince cały czas przylatują samoloty z pomocą humanitarną, nie tylko wojskowe. Ktoś musi tę pomoc rozdzielać i pilnować jej.

Czy to oznacza, że władze nie radzą sobie nie tylko z zaprowadzeniem porządku w stolicy, ale także z rozprowadzaniem międzynarodowej pomocy?
– Haiti – o ile mi wiadomo – zawsze miało ogromne problemy ze strukturami organizacyjnymi, problemy związane z poprawnym funkcjonowaniem z powodu ciągłych wewnętrznych niepokojów.

Jakie zniszczenia pozostały po trzęsieniu ziemi w placówkach prowadzonych przez współbraci?
– Na Haiti salezjanie prowadzą 6 ośrodków szkolnych ze szkołami podstawowymi, zawodowymi, technicznymi. Nasi współbracia zbierają dzieci z ulic, by nauczyć je przynajmniej zawodu. W tamtej rzeczywistości tylko wykształcenie daje im jakiekolwiek perspektywy na przyszłość. Dlatego przy utrzymującej się na Haiti biedzie nasza praca była i jest niezwykle potrzebna. We wszystkich instytutach salezjańskich na Haiti do 9 naszych szkół uczęszczało 20 tys. dzieci, ponadto 360 nastolatków, a nawet osoby dorosłe, które uczestniczyły w kursach zawodowych. 1040 dzieci zaś pobierało naukę w szkołach podstawowych. W chwili tragedii na pierwszym piętrze 3-kondygnacyjnego budynku, w którym mieścił się Instytut św. Jana Bosko w Port-au-Prince Enam, znajdowało się ok. 200 dzieci. Uczniowie brali też udział w zajęciach odbywających się na trzecim piętrze. W wyniku trzęsienia ziemi budynek zawalił się. Zginęło 260 osób, głównie dzieci, kilku pracowników administracji i nauczycieli oraz jeden salezjanin – brat zakonny, którego odnaleziono w zawalonym budynku z różańcem z ręku. Ciało salezjanina pogrzebano wraz z 14 jego wychowankami – obok miejsca, w którym zginęli. Po te 14 ciał dzieci nikt się nie zgłosił. Najprawdopodobniej rodzice podzielili ich los. Miejsce to pozostanie znakiem świadczącym o wielkiej tragedii.

Jak dużo osób się uratowało?
– Niestety, niewiele z tych, które przebywały w szkole. Wielu innych uczniów salezjańskich również poniosło śmierć – pod gruzami swoich domów. W cudowny sposób z zawalonego budynku uratował się ks. Attilio Stra. Prowadził on Instytut św. Jana Bosko i Dzieło Małych Szkół Ojca Bonhena (OPEPB). W niewyjaśniony sposób przeżył pod ciężkimi kawałkami betonu, które się na niego zawaliły. Byłem w tym miejscu i widziałem, że nie istniała możliwość, by człowiek normalnie mógł się przecisnąć z jednej strony budynku na drugą i samodzielnie się z niego wydostać, a ks. Stra właśnie to zrobił.

W jakim jest on obecnie stanie?
– Doznał urazów kręgosłupa i nóg, ale jego stan jest stabilny. Sam się zastanawiał, dlaczego Pan Bóg przedłużył mu życie, ale tak się właśnie stało. Teraz leży w szpitalu w sąsiedniej Dominikanie. Odwiedził go nawet prezydent tego kraju. Ja również przyjechałem do niego, przywożąc m.in. pozdrowienia od współbraci.

Czy wszystkie placówki salezjanów na Haiti niosące dotąd pomoc dzieciom muszą być odbudowane od podstaw?
– Właściwie tak. Zniszczenia lub uszkodzenia budynków są bardzo duże. Ich stan pogarszają powtarzające się co pewien czas wstrząsy wtórne. Nasze struktury zostały od razu uruchomione w celu niesienia pomocy. Nasi współbracia na Haiti, chociaż ponieśli tak wielkie straty ludzkie i materialne, nie zaprzestają nieść pomocy innym. Do jednego z naszych ośrodków przyszło szukać pomocy około 3,5 tysiąca ludzi. W ten sposób powstał jeden z wielu ośrodków pomocy ofiarom kataklizmu. Salezjanie opiekują się tymi osobami, zapewniając im przede wszystkim żywność. Jest to kraj karaibski, a w tropikalnym klimacie nie jest aż tak ważne – jak np. w polskich warunkach – spożywanie ciepłych posiłków. Na Haiti je się w większości posiłki lekkie oraz dużo owoców. Niezbędna jest oczywiście woda.

Obecna akcja humanitarna jest chyba największym takim przedsięwzięciem w historii Haiti. Czy daje ona nadzieję na trwałą stabilizację w tym kraju uzależnionym dotąd od zagranicznej pomocy?
– Spostrzegłem wiele sygnałów mogących świadczyć o tym, że mimo tragedii jest nadzieja na przyszłość. W tragicznej sytuacji solidarność wzięła górę nad animozjami, które utrzymywały się od lat między Haiti i Dominikaną. Wzruszyła mnie np. sytuacja na lotnisku w Santo Domingo, kiedy pasażerowie samolotów, którzy musieli stać w kolejce w celu wykupienia czegoś w rodzaju wizy turystycznej, usłyszeli powtarzany co chwilę komunikat, że zwolnione z tej opłaty są osoby udające się na Haiti. Nadzieją napawa też to, że Haitańczycy nie czekają biernie na pomoc z zewnątrz. W wielu miejscowościach zaczęli już sami wytwarzać cegły. Przygotowują się w ten sposób do odbudowy przynajmniej swoich domów.

Jaka pomoc najbardziej potrzebna jest Haiti?
– Każda pomoc jest ważna, ale jeszcze ważniejsze jest, by była koordynowana przez duże organizacje humanitarne. Aby dobrze ukierunkować wsparcie, trzeba mieć potrzebną do tego wiedzę i struktury. Po dotychczasowych trudnych doświadczeniach z rozprowadzaniem pomocy humanitarnej na Haiti zaczęto po prostu przygotowywać paczki z artykułami codziennego użytku, które będą wydawane potrzebującym indywidualnie. W taki zorganizowany sposób poszkodowanym zapewniana jest także woda i rozdzielane są środki higieny osobistej itp. Ważne jest też, by pomoc była kierowana przez oficjalne, znane organizacje, a nie przez niesprawdzone instytucje. Zdarzyć się może bowiem, niestety, że ktoś, żerując na tej tragedii, zbierać będzie pieniądze dla siebie, a nie dla poszkodowanych.

Najbardziej cierpią dzieci. Pojawiły się już ostrzeżenia przed groźbą handlu nimi lub przeprowadzaną na „dziko” adopcją…
– Bardzo ważne jest, by zapewnić im właściwą opiekę. Na Haiti zawsze było dużo dzieci ulicy. Gdyby zostały na niej, prędzej czy później zasiliłyby szeregi młodocianych gangów przestępczych. Haitańskie dzieci w obliczu przeżytej tragedii bardzo potrzebują ciepła. Gdy przyjechałem do naszych zniszczonych szkół, same chwytały mnie za rękę, próbując oprowadzać po zgliszczach, i opowiadały swoje wrażenia, ale cały czas ściskały moją dłoń. Nawet nie prosiły o pomoc, potrzebowały po prostu, by ktoś był z nimi.