Adwent jest przypomnieniem o przyjściu Pana. Zapalona czwarta świeca wieńca adwentowego oznajmia (ostrzega?) że jest już bardzo blisko. Przyjście Pana znowu nas zaskoczy? Na początku lat 90. patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I udzielił wywiadu włoskiemu miesięcznikowi „30 giorni”. Na pytanie dziennikarza: „Co jest najbardziej palącym problemem dla Kościoła dzisiaj?” patriarcha odpowiedział: „Problem paruzji”. Zapamiętałem tę odpowiedź, bo w jednym momencie obnażyła banalność większości naszych trosk. Co wówczas sam odpowiedziałbym na to pytanie: problem laicyzacji? Inkulturacji? Obecności w mediach, nowych metod ewangelizacji? Lustracji, pedofilii? Wszystkie godne, by poważnie się nimi zająć. Ale gdyby rzeczywiście Chrystus przyszedł dziś? Czy jestem gotowy? Czy jesteśmy gotowi? I czy tego chcemy?

Przed śmiercią w marcu tego roku ojciec Joachim Badeni w swojej ostatniej książce – wywiadzie „Uwierzcie w koniec świata” pisał: „Miałem symboliczne widzenie paruzji podczas pobytu w szpitalu… W tamtym widzeniu zło przybrało bardzo zabawne postacie – widziałem je jako karaluchy uciekające przed nadchodzącym Chrystusem, który kroczył majestatycznie na czele ogromnego pochodu. Owocem tego widzenia była absolutna pewność paruzji.”

Podczas każdej Mszy św., po przemienieniu przez Ducha Świętego chleba i wina w ofiarę życia Jezusa Chrystusa, Kościół składa swoje najkrótsze credo: „głosimy śmierć Twoją Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy Twego przyjścia w chwale”.

Jednak o ile śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa są dla przeciętnego chrześcijanina czymś oczywistym, o tyle Jego chwalebny powrót jest prawdą niemal zapomnianą.

I trudno się dziwić. Im więcej wieków i pokoleń mija od czasu odejścia Jezusa z tego świata, tym bardziej z naszych ludzkich kalkulacji wynika, że pewnie i za naszego pokolenia to się nie stanie. Już przecież św. Piotr czuł się zmuszony przestrzec pierwszych chrześcijan: „To przede wszystkim wiedzcie, że przyjdą w ostatnich dniach szydercy pełni szyderstwa, którzy będą postępowali według własnych żądz  i będą mówili: »Gdzie jest obietnica Jego przyjścia? Odkąd bowiem ojcowie zasnęli, wszystko jednakowo trwa od początku świata«”.

Adwent jest przypomnieniem o przyjściu Pana. Zapalona czwarta świeca wieńca adwentowego oznajmia (ostrzega?) że jest już bardzo blisko. Przyjście Pana znowu nas zaskoczy, jak zaskoczyło 2000 lat temu (To ma być Mesjasz? Z groty? Z biednej rodziny? Z Nazaretu? Może dla tych trzech dziwaków na wielbłądach, czy pastuchów bez wykształcenia, co nigdy dużego miasta nie widzieli). Tak jak zaskakuje nas Jego przyjście w drugim człowieku – „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. Tak jak zaskakuje nas w coniedzielnej Eucharystii, na którą można nie przyjść, jeśli ma się do zrobienia zakupy w hipermarkecie, pielenie grządek na działce, czy po prostu jeśli się nie chce. Różnica będzie polegała na tym, że paruzji nie będzie można zlekceważyć. Tak jak trudno jest zlekceważyć śmierć – subiektywny, acz realny koniec świata i przyjście Pana na sąd.

Od czasu grzechu pierworodnego jest w nas ludziach i pragnienie Boga i lęk przed Nim. Chcemy, żeby przyszedł, żeby nas wybawił od śmierci, zła, niesprawiedliwości, chorób, cierpienia, zdrad, krzywd, braku miłości, kolejnych upadków, a jednocześnie chowamy się przed nim jak pierwsi rodzice, budując sobie prywatne systemy bezpieczeństwa, topiąc się w medialnym matrixie, zastępując osoby przedmiotami, życie konsumpcją, godność tytułami.

Ale celem człowieka jest tylko Bóg. Nie jakieś wyimaginowane niebo czy śmierdzące siarką piekło – sam Bóg. To spotkanie z Nim staje się niebem dla tych, którzy Go pragną całym sercem, czyśćcem dla chcących oczyszczenia, piekłem dla odrzucających Go.

Nie boją się paruzji ci, którzy Go kochają i oczekują. Świat niech sobie (do czasu) szydzi. My wołamy: marana tha!

Ks. Andrzej Godyń SDB

za fronda.pl