W czasie ostatniej kapituły inspektorialnej przedstawiłem kilka moich spostrzeżeń i myśli na temat sytuacji koadiutorów w Polsce. Nie będę tu kolejny raz przytaczał tamtej wypowiedzi. Muszę jednak coś dopowiedzieć.

W ostatnich miesiącach kilkakrotnie zastanawiałem się na tymi samymi pytaniami, które nurtują mnie od dłuższego czasu. Pierwsza sprawa dotyczy „bolesnej” dysproporcji w liczebności salezjanów duchownych i świeckich.

(na foto koad. Claudio Marangio – ekonom generalny sdb)Z dotychczasowych rozmów ze współbraćmi wyciągam wniosek, że nie uda się nam odpowiedzieć na pytanie czy jest to rezultat ludzkiej „niedoskonałości” [„to obciach być koadiutorem”, lepiej księdzem”] czy jest to „wola Boża” na dzisiejsze czasy [„nie potrzeba już dziś zakonników w stylu koadiutora”]. W czasie kapituły wypowiadała się młodzież. Przedstawiała swoje oczekiwania od salezjanów. Ci, którzy uczestniczyli w kapitule pamiętają zapewne, że w wypowiedziach młodzieży przewijało się niemal wyłącznie zapotrzebowanie na posługę sakramentalną czy kierownictwa duchowego. O ile w tym drugim koadiutor może się jakoś odnaleźć, o tyle to pierwsze jest zarezerwowane jedynie dla księży. Nadal mam wątpliwości, czy świat wypowiedzianych wówczas potrzeb młodzieży nie mówi nam jednak czegoś istotnego o konieczności istnienia koadiutorów. Być może uważniej musimy się wsłuchać w potrzeby młodzieży. Dziękuję Pawłowi Druszczowi za tekst ks. Godfrey’a D’Sa, SDB, który mi przesłał jakiś czas temu [tekst z 5. Kongresu Koadiutorów, jaki odbył się w Indiach w 2004 r.], a który to tekst stał się dla mnie ciekawą inspiracją i niemałym pocieszeniem. Szczególnie utkwiły mi dwa spostrzeżenia.

Tym, co się naprawdę liczy jest poczucie własnej wartości i świadomość tożsamości. A tego nie otrzymuje się „z zewnątrz”, to się samemu wypracowuje, to ma się „od wewnątrz”. Dobrze jest mieć super wykształcenie, przygotowanie zawodowe, umiejętności takie czy inne, ale to są tylko „dodatki” [moim zdaniem POŻĄDANE dla koadiutora we współczesnym świecie!] do tego KIM JESTEM i jaka jest moja prawdziwa wartość dla świata dzieci i młodzieży. Bo w ostatecznym rachunku nie liczą się tytuły, zorganizowane akcje, „przydatność” w rozumieniu współczesnego świata, ale miłość okazywana dzieciom i młodzieży. Ks. Godfrey trafnie spostrzegł, że wartość [„relevance” w oryginale angielskim] powołania nie pochodzi z jego liczebności. Przytoczę tu tekst w oryginale: „Don Bosco looked at the quality of being.  He did not seem to have been too preoccupied about the proportion, for example, between clerics and laymen in the congregation. He welcomed those whom God sent him, priests or laymen, and united them in religious consecration, in the mission and in charity”. Ksiądz Bosko nie pozostawił żadnych złudzeń. Kiedy pod koniec jego życia wypracowywano rozumienie pojęcia koadiutor i sposób włączenia świeckich do zgromadzenia salezjańskiego, twardo stał na stanowisku, że nie może być żadnego różnicowania i wartościowania w obrębie członków powstającego zgromadzenia [o szczegółach historycznych wyodrębnia się koadiutorów można przeczytać w krótkim i naprawdę dobrym tekście ks. Moranda Wirtha SDB, „Ksiądz Bosko i rodzina salezjańska”, Kraków 2009, s. 118-127].
Drugie spostrzeżenie dotyczy faktu „obwiniania za obecną sytuację” wszystkich i wszystko dokoła. Muszę przyznać się, że gdzieś wewnątrz mnie taka postawa istniała. A to „czasy komunistyczne” były winne, a to „współbracia niedojrzali”, bo w kapłaństwie szukali swojej wartości itp. Tymczasem wzrost rozpoczyna się tam, gdzie kończy się obwinianie [„Growth begins where blaming ends”]. Musimy bardziej starać się o własny rozwój, bardziej słuchać Bożego Ducha niż toczyć niejednokrotnie jałowe dyskusje o
problemie liczebności koadiutorów. Będzie nas tylu, ilu Pan Bóg zechce. I to jest piękne…

brat Karol Kliszcz SDB