Cały dziennik na: http://liceum-wroc.salezjanie.pl/box4-menu_ghana-box5-headline_photo-window2-main_travel_diary-parm-MONGOLIA2011;0.html

Rekordzistka miała na jednej ręce ugryzień około 16, co przy dwóch rękach i twarzy daje całkiem niezły wynik. Nie wiem do tej pory jak to się stało, że komary nie pogryzły ani księdza ani chłopców. Komarzyce ? Po śniadaniu idziemy na godzinę 10.00 na Mszę. Jest bardziej uroczysta niż te w tygodniu. Podczas mszy 4 dziewczynki ubrane w śliczne niebieskie stroje śpiewają przy ołtarzu i pokazują do śpiewanej pieśni. Ogólnie cała Msza jest pełna śpiewu i radości. Po niej wszyscy idziemy przebrać się do pracy. Oprócz tego ja z Gretą szukamy przepisu na obiad z rzeczy, które mamy: ziemniaków, marchewki, mleka, cebuli i mąki. Powiem, że przepis na obiad został znaleziony o dziwo dość szybko. Do pracy idziemy pozytywnie nastawieni. Zostało nam już tylko posprzątać całą salę z rozchlapanej farby olejnej i pyłu z wygładzanych ścian; Karol z Joachimem kończą malować altankę. Pozostali pracują w sali. Praca wydaje się być lekką, ale wcale taką nie jest. Farba olejna bardzo ciężko schodzi z mebli, trzeba ją szorować rozpuszczalnikiem i tak samo jest z podłogą i oknami. Pracujemy dzielnie z małymi przerwami od godz. 11.00. do 17.30. Wiemy, że koniecznie musimy dzisiaj salę oddać czystą, świeżą i lśniącą. Gdy część z nas zaczęło ogarniać zniechęcenie zupełnie nieoczekiwanie dzieci z oratorium postanawiają nam pomóc. Razem pracujemy aż do lunchu. Na posiłek zostają nam podane regionalne chuuszury czyli placki z pszennej mąki nadziewane mięsem (oczywiście baraniną) i smażone na tłuszczu. Przypominają one pierogi z mięsem oraz kołduny gotowane na parze z mięsem. Przyznam, były bardzo dobre, ale dość słone. Po zjedzeniu posiłku idziemy dalej pracować. Do sprzątania klasy dołączają Karol z Joachimem. Jak się okazuje mimo wielu rąk czynność sprzątania po malowaniu jest czasochłonna i żmudna. Trzeba być dokładnym, a i opary z rozpuszczalnika dają się we znaki. Nasza prace objęły: umycie wszystkich okien, ławek i podłogi, wypranie firanek, powieszenie obrazów, umycie i ustawienie mebli. Klasa w tej chwili jest już gotowa do użytku i lśni jak nowa. Skończyliśmy ku salezjanów, dzieci i naszej radości ! Szybka kąpiel pod prysznicem i bez chwili odpoczynku idziemy z Gretą gotować nasze mało wyszukane danie. Obieramy 45 ziemniaków, które kroimy na talarki i umieszczamy je na dwóch patelniach. Do nich dodajemy soli, papryki, pieprzu i ziół prowansalskich. Jedną patelnię zalewamy mlekiem i przykrywamy pokrywką. W międzyczasie robimy surówkę z marchewki, cukru i „pseudocytryny” wyprodukowanej z kwasku cytrynowego, który jak się okazuje ma ks. Jerzy. Gdy wszystko się smaży wyglądamy z balkonu i widzimy dzieci, które same z siebie zaczęły grać w nauczone przez nas gry. Niektórzy wolontariusze włączają się. Jet to niesamowite, że dzieci widząc, że nie mogliśmy z nimi się bawić w normalnych godzinach zostały dłużej by jeszcze z nami pobyć i pograć. Na nasz posiłek dołącza dwóch gości z Hong Kongu. Józef i Tora. Są to goście ks. Pola, pracownicy wyższej uczelni. Muszę się pochwalić, że wszyscy włącznie z gośćmi zajadali się naszymi ziemniakami i surówką, która zrobiła chyba dużą furrorę ze względu na braki warzyw w naszej diecie. Po sytym posiłku udajemy się na modlitwę w kaplicy, a potem idziemy wspólnie podsumować dzień i ustalić plan na jutro. Rozmawiamy o tym jak zorganizujemy zakończenie spotkań z dziećmi. Potem rozdzielamy jeszcze pamiątki dla dzieci, które przywieźliśmy z Polski. Następnie wszyscy udają się kąpać i psikają pokoje czymś na komary – czyli idealne przygotowują się na sen. Oby spokojniejszy. Więcej na: http://liceum-wroc.salezjanie.pl/box4-menu_ghana-box5-headline_photo-window2-main_travel_diary-parm-MONGOLIA2011;0.html

                                                                                                                                                      Aleksandra Skorsetz