Na jednej z ostatnich lekcji uczennica zapytała mnie: „Czy zakłada brat, że wszyscy przychodzący do tej szkoły [liceum salezjańskie], są wierzący?” No cóż, szczerze odpowiedziałem, że nie jestem naiwny, i jestem świadomy tego, że część przychodzących uczniów ma naprawdę duże problemy z przeżywaniem wiary chrześcijańskiej. Jednocześnie widzę, że jest również spora grupa tych nastolatków, którzy „wiedzą, co chodzi” w chrześcijaństwie, jakoś tam poruszają się w tradycji kościelnej i korzystają z sakramentów. I tu pojawia się jeden z problemów katechezy szkolnej. Przy okazji warto zauważyć odmienność stosowanej terminologii. Kręgi kościelne używają słowa „katecheza”, kręgi ministerialne – „religia”. Tak sobie myślę, że praktyka pokazuje, iż słowo „religia” jest poniekąd trafniejsze. Mając na jednostce lekcyjnej 30 osób, z których znaczna część niewiele kojarzy z wiary chrześcijańskiej, trudno prowadzić „katechezę” w jej podstawowym znaczeniu.
Tyle razy zadawałem sobie już pytanie: „Jak prowadzić zajęcia, by młodzi w miarę z niej skorzystali?” O czym mówić? Na co kłaść nacisk, a co potraktować pobieżnie? Czy w ramach szkolnej religii da się licealistę doprowadzić do wiary w Jezusa Chrystusa?
Nastolatkom trudno jest znaleźć powód, aby chodzić do kościoła czy na religię (w naszym liceum, jako szkole katolickiej, religia jest obowiązkowa, i z tego względu niekiedy jest nawet trudniej prowadzić lekcję, bo są na niej uczniowie, którzy w państwowej szkole raczej nie uczęszczaliby na zajęcia) przede wszystkim dlatego, że większość z nich nie zadaje sobie pytań o to, czy istnieje coś poza doczesnością. Sprawy takie są dla nich na 125. pozycji wśród spraw codziennych. Po drugie, świat współczesny (tu w Europie!) kieruje się wartościami zupełnie nieprzystającymi do tych, które proponuje chrześcijaństwo opierając się na Ewangelii. A wreszcie, młodzi ludzie lubią wszystko to, na co Kościół radzi uważać. Interesują się używkami, seksem, pieniędzmi, byciem niezależnym…
Aby uwierzyć, licealista czy gimnazjalista musi zobaczyć w religii chrześcijańskiej coś takiego, co go zafascynuje na tyle, że będzie w stanie zaryzykować utratę wartości promowanych przez współczesną popkulturę. Jest duża szansa, że nastolatek przejdzie matanoię, gdy spotka na swej drodze świadka wartości ewangelicznych. Chyba to jest podstawowe zadanie każdego katechety (nauczyciela religii). Świadczyć. Ale jak to robić co tydzień przez 90 min. z których sporą część trzeba niekiedy poświęcić na uspokajanie grupy klasowej? Macie jakieś pomysły?